L I K U S
  start | wydarzenia | muzyka | grafika | video | tekst | arabski | katalog | likus :::  ::: likus.art.pl 
 


"NIE DLA ZACHODNIEJ INTERWENCJI W LIBANIE"
Michał Lubiński


Bejrut 14 lutego, gdy cały świat zajęty był "Walentynkami" w Bejrucie, stolicy Libanu, w zamachu bombowym zabity został szef libańskiego rządu Rafiq Hariri. Doprowadziło to krótkotrwałej destabilizacji gospodarczej kraju (niektórzy twierdzą, że wraz z premierem umarła libańska gospodarka), a także do wzajemnych oskarżeń i zrzucania odpowiedzialności czy to na barki agentów izraelskich czy na wywiad syryjski.

Do Bejrutu przyjechałem 7 marca, po południu. Zaraz po znalezieniu noclegu, udałem się ze znajomym na poszukiwanie, pokazywanych już od tygodnia we wszystkich arabskich stacjach telewizyjnych, demonstracji. Pół godziny później staliśmy już w tłumie rozentuzjazmowanych, machających libańskimi flagami ludzi. Dookoła rozbrzmiewały patriotyczne piosenki i okrzyki. Były to głównie żądania wycofania wojsk syryjskich, wolności, niepodległej władzy, a także zapewnienia o pamięci i modlitwie za umęczonego, jak go określali protestujący, męża stanu. "Chcemy znać prawdę o śmierci Haririego!" - wołano. Generalnie można powiedzieć, że nastroje panowały raczej anty-syryjskie, co widać było najlepiej na tablicy pamiątkowej postawionej obok symbolicznego grobu premiera. "Jedyne, czego żałuję, to fakt, że mam tylko jedno życie, które mogę poświecić za ojczyznę" - napisała jakaś dziewczyna podpisując się imieniem i nazwiskiem. Reszta haseł, które można było tam odczytać przechodziły z patriotycznych oraz wyrażających smutek i pamięć w obelgi pod adresem Syrii i sił tego kraju stacjonujących obecnie w dolinie Beka na południu Libanu. Jakkolwiek jednak hasła te nie byłby różnorodne, nie znalazłem wśród nich żadnego rozdźwięku. Wołały one zgodnie: "Zostawcie nas w spokoju! Wracajcie do Syrii!" Taka z resztą miała być wymowa zarówno tej, jak i innych odbywających się w tym samym miejscu od dziesięciu dni, demonstracji - pokazanie światu, że w Libanie funkcjonuje też opozycja, grupa ludzi, którzy niekoniecznie są zadowoleni ze współpracy z silniejszym sąsiadem, a którzy chcieliby ułożyć życie w swoim kraju po swojemu, bez nacisków z zewnątrz.

Cała impreza zakończyła się jakoś w nocy, ludzie rozeszli się do domów, część studentów pozostała w rozbitych na placu tuż obok namiotach. Także i my udaliśmy się do hotelu, co jednak ciekawe po drodze dowiedziałem się, że jutro odbędzie się duży pochód, zorganizowany przez partię Hezbollah. Rozmówca powiedział mi też, że w ten sposób zostaną jakby podsumowane demonstracje opozycji.

Od samego rana 8 marca Bejrut zaroił się od ludzi z flagami Libanu. Po ulicach jeżdżą (często tam i z powrotem na zasadzie defilady) autobusy i mikrobusy obwieszone różnej wielkości flagami, bogata młodzież pędzi drogimi zachodnimi samochodami, z których wychylają się dziewczyny trzymające flagi i wykrzykują patriotyczne hasła. Z czasem pojawiają się jednak symbole, których nie uświadczylibyśmy na wczorajszej imprezie. Widzimy na przykład mikrobus wypełnionego dziewczętami ubranymi w tradycyjny hidżab (jest to rodzaj chustki zakrywający cale włosy), którego Libanki prawie zawsze nie noszą, a także samochód z naklejonym na masce dużym zdjęciem Baszszara al-Asada prezydenta Syrii. Z czasem pojawia się coraz więcej jego podobizn jak i portrety Nasr Allaha przewodniczącego Hezbollahu.

Jest godzina 13.10, siedzimy nad brzegiem morza i obserwujemy przechodzących ludzi. Początkowo są to kilkuosobowe grupki, z czasem jednak liczba przechodniów zaczyna się szybko zwiększać. Idą już całe rodziny, pary młodych, całe grupy wychodzące z podjeżdżających autobusów. Wszyscy zaopatrzeni są we flagi, zdjęcia, transparenty, symbole narodowe podążają w jednym kierunku. Dołączamy do tego strumienia ludzi. Po drodze mijamy blokadę policyjną, kierującą ruchem pochodu, odziały obrony cywilnej, patrol żołnierzy uzbrojonych w ostrą broń i miotacze gazu. Maszerujących wciąż przybywa. W miarę jak zbliżamy się do miejsca przeznaczenia tłum gęstnieje. Słychać już płynące z głośników utwory patriotyczne, a także hasła wykrzykiwane przez prowadzących demonstrację. Wchodząc na Plac Męczenników (tam odbywała się demonstracja) widzę setki flag, dziesiątki transparentów w języku arabski i angielskim, oraz masy ludzi. Przemieszczamy się w głąb tłumu popychani przez wciąż napływających demonstrantów. Mijam grupkę dziewczyn śpiewających patriotyczną piosenkę, kolega dostaje od kogoś planszę z arabskim napisem: "Wszystkie nasze katastrofy są sprawką Ameryki" i dalej przemieszczamy się bliżej sceny. Robię kilka zdjęć, ktoś pyta mnie czy jestem dziennikarzem, tłum wykrzykuje wierszyki potępiające Amerykańską i Francuską interwencje w sprawy Libanu. Pojawiają się portrety prezydenta (Syrii) Asada, a z nimi podziękowania dla Syrii za współprace i ochronę oraz żądania kontynuacji "sojuszu". Robimy kilka zdjęć, ale zaraz idziemy dalej, mijamy mężczyznę uderzającego w bęben, otoczonego przez grupkę chłopaków skandujących anty-izraelskie hasła. Zatrzymujemy się na chwilę, uwagę moją przykuwa człowiek wspinający się na palmę, aby umieścić na jej czubku flagę. Nie udaje mu się, a jego miejsce zajmuje kolejny śmiałek. Stopniowo tłum się zagęszcza, więc postanawiamy wycofać się. Dookoła panuje zgiełk, choć nie bałagan. Cała impreza jest naprawdę dobrze zorganizowana. W miarę odchodzenia od sceny tłum rzednie, mogę w końcu spokojnie poczytać niektóre transparenty i wsłuchać się w okrzyki. "Nie chcemy podziału. Dwa państwa, jeden naród" - czytam, "Popieramy Cię Baszszarze" - słyszę, "Nie dla zachodniej interwencji w Libanie" - mówi druga plansza. Powoli staję się zmęczony i chcę już odpocząć od całego tego hałasu. Cofamy się w stronę wiaduktu, mijając nowe grupy protestujących. Ludzi jest coraz więcej, zajmują już okoliczne trawniki, zielona nasypy, parkingi, a także biegnącą nieopodal ulicę i wiadukt (według źródeł syryjskich liczba zgromadzonych osiągnęła 1,2 mln osób). Część z nich przyszła z prowiantem i siedzi teraz na kocach, jakby na pikniku. Jest cudowna atmosfera, nikt się nie awanturuje, wszystko odbywa się pokojowo i spokojnie (choć emocji nie brakuje). Z drugiej jednak strony ten sielankowy, pokojowy obraz burzą stojące na ulicy uzbrojone w ciężką broń pojazdy wojskowe oraz latający nad placem helikopter. Koniec końców, pomimo tych szczegółów wszystko wygląda jak należy, tak jak powinno być. Coś jednak mi się tu nie zgadza...

Przecież nie dalej jak wczoraj flagom Libanu towarzyszyły wyrazy niechęci wobec Syryjczyków, dzisiaj powiewając tą samą flagą dziękuje się im. Wczoraj mieli się wynosić, dzisiaj zaprasza się ich do wspólnej walki ze znienawidzonym Izraelem. A co jest najbardziej zadziwiające, portret prezydenta Syrii pojawia się prawie tak często jak zdjęcie zamordowanego Haririego i o wiele częściej niż podobizna prezydenta Libanu. W tym momencie zdałem sobie sprawę co się dzieje. W taki oto sposób opozycja żądająca wycofania sił syryjskich została zagłuszona. "Po co nam pomoc Francji i Ameryki. Z pomocą Syrii wyzwolimy Palestynę!" - grzmi głos prowadzącego - "Jedność, niepodzielność". Nagle okazuje się, że jest nie jest tak jak głosiła wczoraj opozycja, iż "tylko Syryjczycy są pro-syryjscy, Libańczycy są pro-libańscy."

Wieczorem znowu odbyła się demonstracja opozycji. Podobnie jak poprzednio wszystko odbywało się w atmosferze niechęci wobec Syrii, ale już bez wcześniejszego entuzjazmu. Być może opozycja zdała sobie sprawę, że Hezbollah i partie popierające Syrię (jak Partia Narodowa) ich przechytrzyły, a już na pewno zakrzyczały, bo tak naprawdę, nikt nie mówi o ich małym proteście, a tylko o dobrze zorganizowanej demonstracji na milion osób.



autor: Michał Lubiński, 10.03.2005, Bejrut
zdjęcie: Przemysław Likus, 09.03.2005, Bejrut



 
© przemysław b. likus (2005-2006)